Nasz pierwszy raz

Pierwsza Solobabkowa wyprawa – „Kobiety, wino i Kutaisi” – do Gruzji to historia zupełnie niesamowita. Marzec 2020. Grupa gotowa do drogi i nagle okazuje się, że gdzieś, coś, wirus, choroba… Z ośmiu, zostały nas cztery i – na przekór doniesieniom – poleciałyśmy do Kutaisi. Bawiłyśmy się świetnie: pogoda wiosenna, gospodarz wina ani jedzenia nie szczędził, a jedno i drugie wyśmienite… Kaniony, jaskinie całe dla nas, turystów oprócz nas brak. Monastyry, wino z popem, kiszona kapusta z chlebem, inny świat.

I plany były na kolejne dni fantastyczne, tyle tylko, że okazało się, że granice się zamykają i wracamy albo natychmiast albo wcale. Po nocy zgarnęłyśmy to co najważniejsze, przedostałyśmy się na lotnisko i „na stopa” łapałyśmy samolot. Do Ojczyzny dotarłyśmy w ostatniej chwili, z Kutaisi do Wrocławia, potem do Poznania, potem każda do swojego domu. A potem nas wszystkich zamknęli.

A kiedy już byłyśmy w Polsce, wciąż nieogarniając, co właściwie się zdarzyło, na lotnisku kupiłysmy sok, a na kapslu czytamy: NIEMOZLIWE NIE ISTNIEJE”.

Fragment książki „Tysiąc mil samotności” Pauliny Paprockiej
„Po powrocie do miasta zapadła decyzja – szukamy innego środka transportu. Kiedy zeszłyśmy nazajutrz na nadbrzeże rzeki, gdzie parkowały marszrutki, od razu wpadł nam w oko biały vanik. Szybka wymiana zdań i – szukamy właściciela. A tu podchodzi do nas uśmiechnięty chłopak w okularach przeciwsłonecznych i pyta, czy potrzebujemy podwózki, bo on, – Misza – ma auto. Jak się okazało – to nasze upatrzone, białe! Ustaliłyśmy stawkę, wsiadłyśmy i słuchajcie: Misza na cały regulator zapodał Sławomira „Miłość w Zakopanem” i pojechaliśmy w siną dal! Zaczęłyśmy się wydzierać na tyle, na ile każda to znała, bo przecież chociaż pewnie byśmy się nie przyznały do tego na torturach, to wszystkie słyszałyśmy i wiedziałyśmy, że w Zakopanem polewamy się szampanem. I zanim zdążyłyśmy wyjść z osłupienia i dojść do siebie wyjechaliśmy z miasta na szosę, po obu stronach której był las. I nagle zjechaliśmy z drogi na pobocze, Misza zatrzymał auto, wyszedł i poleciał do bagażnika. Padł na mnie blady strach, bo przecież w filmach tak właśnie jest, że kierowca wyskakuje, przynosi z bagażnika łopatę i każe kopać grób, ale zanim się zorientowałyśmy Misza wyskoczył z tego bagażnika z czterema kryształowymi kieliszkami ze o złoconych brzegach i butelką domowego białego wina. Rozlał je nam w do kieliszków i pojechaliśmy dalej. Dzień dopiero się zaczynał. Jak teraz o tym myślę, to miękko i ciepło mi się robi… Misza to gospodarz wszechczasów!”

Pod tym linkiem możesz kupić książkę „Tysiąc mil samotności” Pauliny Paprockiej https://solobabki.pl/tysiac-mil-samotnosci