Maroko listopadowe

„Miasto kolorów, zapachów, pokrzykiwania i gwaru. Miasto, które nie zasypia… Marakesz to mocny początek – jeden wielki targ: przyprawy, kosmetyki, skóry, ceramika, tkaniny, metale, warzywa, świeże soki, mięsa, ryby – w Marakeszu kupimy wszystko czego dusza zapragnie! Kupcy wołają do siebie i do nas: chcą naszej uwagi, a nuż kupimy aromatyczny anyż lub pączki różowych kwiatów na herbatę? A może torebkę albo kapcie? Krem arganowy? Stożkowe naczynie do kuchni, a może poduszkę lub kolorowe spodnie? Spróbujesz świeżej figi? Słonego placka? Słodkiego ciasteczka? A może świeżo wyciskanego soku? Tu każda minuta to karuzela emocji, trudno zatrzymać wzrok i zebrać myśli… I wtedy właśnie docieramy do naszego riadu, który z zewnątrz wcale nie zapowiada tego, co dla nas ma. Przechodzimy przez próg i nagle jesteśmy w baśni z tysiąca j jednej nocy: kolorowe, zdobione drzwi i meble, wąskie schodki a pośrodku maleńki dziedziniec wśród zieleni, pod gołym niebem i fontanna z tycim basenikiem. Krzesełka, kocyki, poduszki i… cisza… i na to wszystko gospodarz przynosi nam na powitanie marokańską herbatę w srebrnych ażurowych dzbankach, z cukrem w kostkach w mini cukiernicach i tradycyjnie z odległości nalewa do malusich szklaneczek. Oniemiałyśmy z zachwytu.”

Naszą podróż do Maroka zaczęłyśmy właśnie w Marrakeszu. Intensywnie i dynamicznie. Tu nie można inaczej. Życie w medinie po prostu kipi. Dużo się działo: w dzień zwiedzanie i zakupy, próbowanie nowych smaków, tadżinów, targowanie cen z lokalnymi sprzedawcami, gubienie i odnajdowanie w gąszczu uliczek na miejskim suku. A wieczorem hammam czyli masaż i odpoczynek. 

Wyjechałyśmy z miasta pełne wrażeń i oczywiście gotowe na więcej. W tej podróży wszystko było nowe i zaskakujące. Maroko jest inne niż kraje, które do tej pory odwiedzałyśmy, więc wszystkie uczyłyśmy się co lubimy, co niekoniecznie, polubiłyśmy mocno słodzona miętę, fascynowały nas wielbłądy na polach i bezkresne góry Atlas. 

Podróż minęła szybko i już byłyśmy u progu Sahary. Dosłownie, bo zaczynała się tuż za płotem. Tu odpoczynek, spacery w poszukiwaniu pasących się wokół dromaderów, basen, sesja foto na pustyni i ruszyłyśmy naszą własna karawaną na pustynię! Jechałyśmy na wielbłądach! W kolorowych turbanach, w słońcu, w bezkresnym piachu, nie do uwierzenia! 

Tu czekał na nas posiłek, koniecznie herbata i noc pod gwiazdami!

Naszą podróż zakończyłyśmy nad Atlantykiem, w cudnym miasteczku Essaouira. Tu też jest gwarno i kolorowo, ale życie jakby toczy się wolniej. Ocean szumi, mewy skrzeczą, koty – królowie miasta niczym nie wzruszone, wygrzewają się na poduszkach, ławeczkach, straganach. Place skapane w słońcu, z mnóstwem restauracji i kafejek zapraszają do relaksu, kawiarenki w wąskich uliczkach kuszą malutkimi stoliczkami z mozaiką lub kolorowymi obrusami, a na krzesełku obok śpi w spokoju kot. Zwalniamy i my, powoli przygotowując się do powrotu. 

Koniecznie spróbujcie Maroka, spodoba się Wam.

Słowniczek:

– medina lub medyna: zazwyczaj otoczona murami stara część miasta 

– riad: tradycyjny, kilkukondygnacyjny dom, zlokalizowany głównie wewnątrz medyny

– tajin (tadżin): potrawa gotowana w naczyniu o tej samej nazwie, często mięsna z warzywami i suszonymi owocami, która zachowuje wilgoć i aromaty dzięki kształtowi garnka

– hammam: parowa łaźnia służąca do kompleksowego oczyszczania ciała i głębokiego relaksu

– suk: tradycyjne, arabskie targowisko, bazar z kramami, często zlokalizowany w medynie