
Uff… jak tylko pandemia trochę puściła, wróciłyśmy do Gruzji!!
Misza chyba nie do końca wierzył, że nas jeszcze zobaczy – nie znał mocy Solo Babek!
Ale my przecież koniecznie chciałyśmy do gorących źródeł i kamiennego miasta, których nie miałyśmy szansy zobaczyć za pierwszym razem. A gorące źródła w Gruzji to inny wymiar… Pojechaliśmy w szczere pole, gdzie parowały dwa baseniki z jasną turkusową wodą i unosił się mocny zapach siarki. Obok stały dwa odrapane stoły piknikowe i… tyle. Oba baseny miałyśmy dla siebie, Misza serwował domowe wino – to było lepsze niż wypasione spa!
Tym razem na spokojnie odwiedziłyśmy wszystkie zaplanowane, niesamowite miejsca, bez pośpiechu, w swoim tempie, czasem w deszczu, czasem w słońcu. Skalne miasto sprzed wieków, maleńki monastyr – samotnia w skale, do którego prowadzi wykuty wąski otwór, wchodzi się i wychodzi po drabinie, a jedyne światło pada przez inny otwór wysoko pod sklepieniem. Kolejne fantastyczne gorące źródełka w szopie na polu.
A w górach, w Wardzi, w hoteliku na wzgórzu, wieczorem gospodarze przygotowali dla nas kolację, przy której Misza zamienił się w Tamadę, a zwykły posiłek w mistyczną biesiadę długo w noc, z opowieściami z życia nas wszystkich. Otwierały się serca, było dużo śmiechu, ale też zadumy i łez. Takie piękne duchowe oczyszczenie. Mówię Wam: cuda dzieją się w Gruzji…
Dwie grupy, dwa tygodnie przygody. Pierwszy tydzień z Pauliną, drugi z Baśką. Oba niesamowite… Aż się trochę łezka w oku kręci ze wzruszenia…






















