
„Wstajemy jeszcze przed świtem, po cichutku się ubieramy, zabieramy śpiwory i plecaki, i na paluszkach wychodzimy z albergi. Idziemy w ciszy, bez słowa, każda ze swoimi myślami. Świat zaczyna się budzić: koguty pieją, krowy muczą, koty myją się na podwórkach. Mgła wisi nad polami, mięta pachnie przy drodze, a nim dojdziemy do pierwszego otwartego baru na trasie, mamy już kilka kilometrów w nogach i potężne ssanie w żołądku. Zamawiamy wielkie kawały ciepłej hiszpańskiej tortilli, sok ze świeżych pomarańczy oraz kawę i zasiadamy do wspólnego śniadania. Znów w ciszy, bo jedzenie takie pyszne, że pochłaniamy w milczeniu. Potem chwila rozmowy, śmiechy i ruszamy w dalszą drogę, każda we własnym tempie. Mijamy się gdzieś na trasie: przy kolejnym soku z pomarańczy, przy kapliczce, wśród pól, na ławeczce… zamieniamy klika słów i wracamy do swoich rozkmin. Czasem zagada jakiś pielgrzym, czasem trzeba się wspiąć na pagórek. I znów kawa lub kawałek tortilli. Słońce świeci, zaczyna się robić gorąco i kiedy docieramy do albergi, to już człowiek o niczym innym nie marzy jak tylko złożyć kości i odpocząć. Cudowne, dobre zmęczenie.”
Camino hiszpańskie, to doświadczenie, które zmieniło moje życie. I nie tylko moje – zapytajcie naszych babek…
Ta droga zmienia człowieka: proste rzeczy, proste jedzenie i tylko marsz. Nie trzeba myśleć o sprawach codziennych, ani podejmować żadnych decyzji. Za to jest czas by posłuchać żabiego koncertu o świcie na mokrej od rosy łące, poczuć zapach świeżego siana na prawdziwej galicyjskiej wsi albo poskubać kwaśne jeżyny prosto z krzaka. I w takich pięknych okolicznościach w głowie robi się miejsce na nowe, rzeczy się układają i wszystko nabiera sensu.
Dlatego kiedy raz wejdziesz na drogę – już zawsze będziesz chciała wracać.
Idziemy około 200 km polami, szosami, przez winnice, parki, wsie, miasteczka i miasta. To 8 dni dość wymagającej wędrówki (ok 20-30 km), po której codziennie liczymy wszystkie kosteczki, niezmiennie zadziwione własną kondycją i dumne z siebie jak nie wiem co. Każdego dnia inne widoki zapierają dech w piersiach, a przydrożne bary karmią wyśmienicie. U celu w alberdze orzeźwiający prysznic, kolacja z menu pielgrzyma i słodka sangria. A potem padamy i nabieramy sił na kolejny dzień.
Albergi są koedukacyjne, tak samo jak łazienki i toalety – na każdym kroku uczymy się czegoś nowego, dotąd niespotykanego i okazuje się, że jest ok.
Plecaki są przewożone na całej długości trasy. Drogę zaczynamy w Ponferradzie i kończymy w Santiago. Chodź z nami.
Buen Camino








