
Aż wstyd się przyznać, że nasz pierwszy spływ na Krutyni zdarzył się tylko dlatego, że pandemia pozamykała granice. Przyszło lato i koniecznie chciałyśmy gdzieś pojechać, coś zrobić! Padło na Mazury i to był strzał w dziesiątkę!
Zupełnie nie wiedziałyśmy, jak to będzie, bo wszędzie obowiązywały ograniczenia pandemiczne, maski, rękawiczki, zakazy przemieszczania itp., ale grupa się zebrała błyskawicznie – znaczy – była potrzeba …
I kiedy znalazłyśmy się w stanicy Sorkwity to jakby w innej bajce: cicho, zielono, słonecznie, nikt nie nosił masek, zero nerwowości, idylla normalnie. Piwo w szklankach, pierogi przy stołach piknikowych na powietrzu, bez zakazów, nakazów, ścianek działowych i metrowych odległości między osobami. Może właśnie dlatego polubiłyśmy Sorkwity najbardziej ze wszystkich stanic, które odwiedziłyśmy po drodze…
A później to było tylko jeszcze lepiej: nieprzetarte szlaki, cisza na rzekach i jeziorach, dzikie ptaki wodne, pisklęta pływające wokół kaczych rodziców. Niespieszne poranki, śniadania, pakowanie, wiosłowanie, opalanie, kolejne stanice i wieczory na pomostach. Wiecie co mówią: cudze chwalicie, swojego nie znacie.
Spływ zakończyłyśmy w Zgonie (ta nazwa nas niezmiennie i niezmiernie bawi), obiadem i pamiątkową fotką pod tablicą ZGON.
Od pierwszego spływu mija szósty rok! Czas najwyższy znów chwycić za wiosła i ruszyć na spotkanie przygody 🙂 Jesteśmy gotowe.
















